Wabienie motyli i innych owadów

Opiszę sprawdzone sposoby wabienia motyli, które możesz zastosować w ogrodzie lub na balkonie.
Wabienie motyli polega głównie na stworzeniu im bezpiecznej i obfitej w smaki i aromaty przestrzeni.

## Miejsce
Najlepiej wybrać słoneczne, ale osłonięte przed wiatrem miejsce.
Świetnie się nadaje na to dziki zakątek ogrodu niekoszony z pokrzywami i innymi dzikimi roślinami, na których mogą żerować larwy.
Miejsce z patykami i gałęziami, w których mogą się chować motyle i inne owady.
Miejsce to powinno być spokojne, aby motyle się nie płoszyły.

## Poidło
Zacznijmy od poidła dla owadów i małych ptaków.
Poidło robi się bardzo prosto, napełniamy jakiś pojemnik żwirkiem patykami i nalewamy do niego wodę.
Bardziej sprawdzają się płaskie miednice o dużej powierzchni, idealny byłby strumyczek albo oczko wodne z łagodnym brzegiem i żwirkiem, na którym owady mogą stanąć i bezpiecznie się napić.
Motyle piją też wodę z wysychających kałuży. Z wodopoju będą korzystać też pszczoły i inne owady. Wieczorem pojawią się ćmy i ślimaki.
Woda szybko wysycha, jeśli nie ma deszczy, więc warto ją regularnie uzupełniać szczególnie w upalne dni.
Wodopój, który zrobiłem, znajduje się pod rynną i zawsze w okolicy jest dużo wilgoci, która skrapla się na zimnych i metalowych częściach misy.

## Karmnik
Kolejną misę stawiamy w słonecznym miejscu i wypełniamy ją słodkimi i fermentującymi owocami
takimi jak: poprzecinane pomarańcze, gruszki, ananasy, śliwki, słodkie jabłka i inne aromatyczne słodkości.
Można je zmielić i smarować nimi gałęzie albo rozkładać w różnych miejscach.
Zapach i aromat przyciąga owady z daleka prosto do naszego ogrodu.
Jeśli robicie wina, to możecie użyć przefermentowanego miąższu z owoców lub kwiatów.
Tydzień temu wylałem resztki z kwiatowego wina akacjowego i efekt był niesamowity.

## Kwiaty
Żywe rośliny sprawdzają się jeszcze lepiej i pięknie wyglądają w upalny dzień oblepione motylami.
Kwiatem bardzo lubianym przez motyle jest Budleje Dawida, występują ona w różnych kolorach i rzeczywiście motyle się do niej przylepiają na wiele godzin szczególnie rusałki.
Jest też tańsza i bardziej praktyczna roślina Lebiodka pospolita (Origanum vulgare) zwana potocznie oregano.
Ziółko to jest smaczne i bardzo szybko się rozrasta po całym ogrodzie i wabi stada motyli wszelkich kolorów.
Białe i żółte kwiaty warzyw świetnie wabią jasne bielinki.
Astry, lilaki, mięta, lawenda też bardzo przyciągają kolorowe owady, warto więc eksperymentować i sadzić wielokolorowe kwiaty, aby kwitły cały czas.
Motyle widzą kolory i mają różne preferencje, z moich obserwacji wynika, że lubią te kolory, na których dobrze się maskują.

## Kamienie
Motyle są zmiennocieplne i rano potrzebują się wygrzewać na kamieniach, więc warto im ułożyć jasne i ciemne kamienie, aby w chłodniejsze dni mogły się rozgrzać przed lotem.

Motyle wprowadzają bajkowy klimat do każdego miejsca, obserwacja ich lotu jest bardzo relaksująca.
A jeśli chcesz mieć jeszcze więcej motyli to warto hodować larwy i je wypuszczać.W poprzednim artykule opisałem cały proces.
https://112358.org/pl/content/domowa-hodowla-motyli-rusa%C5%82ki-pawik

Wypalanie gliny w ognisku.

Opiszę wam próbę stworzenia małego pieca do wypalania z gliny i paru garnuszków. Wypalałem bez prądu i bez gazu a piec zrobiłem z gliny, która wykopałem w ogródku.
Lubię bawić się gliną i chcę się z nią bardziej zaprzyjaźnić. Moje eksperymenty różnie się kończą, chce też mieć w nich dużą swobodę, dlatego też ryzykownie byłoby korzystać z drogiego pieca na prąd.
Postanowiłem więc sam sobie zrobić piec do wypalania ceramiki.

Zapragnąłem mieć przenośny komin, w którym można wypalić rzeźby i inne drobne formy z gliny.
Komin miał mieć trzy główne wloty powietrza i komorę, do której mogę włożyć drewno i ceramikę.
Piec nie wyszedł tak jak chciałem, właściwie to zupełnie nie wyszedł. Udało mi się jednak wypalić dwie miseczki i płaski kawał gliny, który niestety pękł.
Cenniejsze jest jednak doświadczenie i wiedza, którą uzyskałem. Dzięki temu przygotuje kolejny wypał inaczej i mam nadzieje, że z większym sukcesem.

Ceramikę można wypalić bezpośrednio w ognisku, ale jak widać na załączonych obrazkach, nie jest to łatwe.
Podstawowy problem to zbyt szybkie nagrzewanie i chłodzenie powodujące pękanie ceramiki.
Główny mój błąd, to za duża bryła do wypalenia w stosunku do wielkości ogniska.
Teraz już wiem, że następnym razem zacznę, od mniejszych form i złoże je później w jeden komin.

Ustawiłem coś w rodzaju wieży z drewna i oblepiłem to gliną, którą wykopałem w ogródku.
Do gliny dodałem piasku i siana, żeby zrobić dobrą konstrukcję, która nie popęka w trakcie wypalania.
W kominie zrobiłem otwory mające dostarczyć do środka tlen potrzebny do spalania.
Dorzuciłem też małe garnuszki do środka, ulepili je moi znajomi w trakcie jednej z imprez.
Całość suszyłem powoli przez jakieś dwa tygodnie. Obsypałem wszystko drewnem a później ziemią, żeby nie zamokło w trakcie deszczu.

Drewno do wypalenie powinno być lekko wilgotne, aby powoli i równomiernie wzrastała temperatura w piecu.
Ja miałem zbyt mokre drewno i bardzo ciężko było mi podpalić kopiec.
Tym bardziej że wybrałem zły dzień i cały czas padało, a w nocy przyszła ogromna ulewa.
Przez cały dzień się pilnowałem ogniska, przekopywałem je dbałem aby równomiernie się paliło.

Gdy już było dużo żaru, postanowiłem zasypać ognisko ziemią, aby odciąć dopływ powietrza i powoli wychłodzić ceramikę.
Proces ten jest znany od bardzo dawna dzięki niemu można uzyskać piękną szarą/czarną barwę.
Tak powstawały staropolskie siwaki, które urzekły mnie swoją elegancją i prostotą.
Udało mi się osiągnąć te barwy, na brązowej glince wyszło bardzo ciemne a na szarej jaśniejsze.
Struktura jest błyszcząca grafitowa jakby mocno zarysowana ołówkiem, dla mnie wyjątkowo piękna i naturalna.
Bardzo ważne jest też to, że nie ma szkodliwych związków chemicznych, które są używane w zwykłej barwionej i szkliwionej ceramice.
Siwaki powstawały w całej Polsce, ale wyjątkowo dużo robiono w okolicach Krakowa, czyli rzut beretem od mojej pracowni.

Nakręciłem się bardzo na tę technologię i będę rozwijał ją w mojej zagrodzie :)
Więc spodziewajcie się kolejnych eksperymentów.

Jeśli sami lub z dziećmi chcecie się pobawić w wypalanie gliny w ognisku, to polecam to inaczej zrobić.
Myślę, że dużo lepiej będzie wykopać spory dół i w nim ułożyć lekko wilgotne drewno z drzew iglastych.
Do tego powsadzać parę przedmiotów zrobionych z gliny zmieszanej z piaskiem.
Ścianki naczyń lepiej, aby były grubsze niż w zwykłej ceramice.
Całość zasypać drewnem i na tym zrobić regularne ognisko z jedzeniem muzyką i tańcami:D po paru godzinach jak już zostanie w dziurze sam żar, trzeba wszystko zasypać ziemią.
Za dzień albo dwa można zrobić wykopki i poszukać ceramiki. Są spore szanse, że wam się uda, życzę powodzenia w eksperymentach.

Króliczki i kury

Prawdziwa historia z mojego podwórka, opiszę w niej kontakty kur z królikami i wzajemne relacje.

Króliki zagościły w moim ogrodzie pierwszy raz dwa lata temu.
Sąsiad przyjechał po trociny, zobaczył kurki i zachęcił mnie do królików.
Powiedział, że przecież one ładnie by tu kicały, wyobraźnia zrobiła swoje i zacząłem się nad tym zastanawiać.
Króliki są urocze i świetnie się spisują zamiast kosiarki i mogą mieszkać w zagrodzie z kurami.
Niestety pierwsze dwa, które przekazał mi sąsiad, uciekły po tygodniu i zagryzły je psy, wędrujące po wiosce samopas.
Po tym przykrym incydencie postanowiłem lepiej zabezpieczyć teren i wzmocniłem płot.
Pojechałem na targ i przywiozłem zapłodnioną samicę, chciałem mieć parkę, ale podobno samce trzeba izolować od małych, a ja nie miałem na to warunków.
Samica była duża, ruda i przypominała lisa, poruszała się szybko i siała popłoch wśród kur.
Kogut walecznie je bronił, kopiąc i dziobiąc nowego współlokatora.
Kury na początku bardzo się denerwowały i przestały nieść jajka, trwało to kilka dni aż się zaprzyjaźniły.
Króliczka też się bała i szybko uciekała, siejąc jeszcze większy postrach.
Po paru dniach oswoiły się z sobą i jadły razem z jednej misy, ale dochodziło czasem do awantur i nieporozumień.
Królicza matka przygotowała gniazdo, uwiła je z siana i swojej sierści, którą sobie wydarła z podbrzusza.
Pierwsze małe pojawiły się po dwóch tygodniach, łyse i ślepe kulki, ledwo poruszające się pod stertą siana.
Zaskakująco szybko urosły, po kilku tygodniach zaczęły wychodzić z domku.
Matka raczej im uciekała i ukrywała się przed nimi. Wysysały z niej wszystko razem z mlekiem, pewnie chciała mieć czasem spokój.
Ciężko też ją było zagonić do domku, jest sprytna i szybko biega, z kurami nie ma takiego problemu, jak się robi ciemno i kogut je zawoła, to idą do kurnika.

Co ciekawe kogut opiekował się małymi królikami i często bronił je przed matką, która zabierała im jedzenie.
Przyjął je do stada jak małe kurczęta, sympatia była obopólna, połowa stada wychodziła za kurami po stromej desce i spała z nimi w kurniku.

Króliki są bardzo kapryśne, jeśli chodzi o jedzenie, potrzebują suchego siana, ziarna, trawy, mlecza, ziółek, marchewek owoców, wiele rzeczy nie mogą jeść jak np. mokrej koniczyny.
Szybko wyjadły całą trawę z kurnika i trzeba było im zrywać zielsko i przynosić. Karmienie i obserwowanie królików to duża przyjemność i zawsze byli chętni, aby im coś dać. Tym bardziej że króliki przestały się płoszyć i jadły z ręki.

Niestety sielanka się skończyła po dwóch miesiącach, króliczki zrobiły się osowiałe, oklapły im uszy, przestawały się ruszać i jeden po drugim umierały, nie pomogły zioła ani leczenie.
Zatruły się czymś, najprawdopodobniej jedzeniem, które jadły kury, wysoka temperatura też im nie pomogła i szybko się odwodniły.
Kury są jednak bardziej odporne i nic im się nie dzieje. Z królikami jest więcej problemów i często zdarzają się takie sytuacje, są chorowite może dlatego się tak szybko mnożą inaczej by nie przetrwały.
Widok straszny budziłem się rano i je zakopywałem.
Matce nic się nie stało, była zdrowa, miała odporniejszy organizm. Jednak po ich śmierci przez parę dni wyglądała na przybitą.

Opieka nad zwierzętami, daje dużo przyjemności, wiedzy i rozwija wrażliwość, niestety są też smutne chwile.

Krzywe lustro w Geosferze Jaworzno

Lustro ze stali nierdzewnej stoi w trawie i zniekształca przestrzeń.
Geosfera Jaworzno, w tle drewniany smok, który też zrobiłem.
Polecam to miejsce na wycieczki z dziećmi.
Dużo atrakcji, są ładne dinozaury i wiele eksponatów, które można dotknąć.
Miejsce jest piękne, pełne roślin i zwierząt...

Lustra można zamówić w naszym sklepie.
https://qp.pl/produkt/krzywe-lustro-na-plac-zabaw/

Maki

Wycieczka na łąkę.

Nielegalna czekolada z kartelu

Dziękuję kolegom, których nie wymienię, a którzy są dobrze znani w półswiatku i temu sympatycznemu pieskowi, który miał nosa i wybrał dobrego kabanosa.
To jest tak zwane dobrodziejstwo wpakowaliście mnie w poważne problemy, pewnie chcieliście dobrze, ale coś poszło nie tak :/
Przesyłka dotarła sprawnie i bardzo szybko kurier uciekł, zanim cokolwiek zdążyłem powiedzieć.
Już samo to wywołało moje podejrzenia, ale widok czekolady zaślepił wrodzona czujność.
Udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie do dokumentacji, bo lubię się chwalić dobrym towarem.
Odłożyłem aparat , zaparzyłem kawę zjadłem dwa małe malutkie kawałeczki i stała się rzecz straszna.
Wpadło dwóch małych agentów i udając policjantów w cywilu skonfiskowali mi resztę towaru :/
Przygotowywałem się na najgorsze i czekałem na dalsze konsekwencje.
Ale policjanci jak szybko się pojawili tak i szybko znikli.
Teraz boje się jeszcze bardziej, skoro to nie policja to pewnie mafia albo jacyś uzależnieni degeneraci.

Ktoś po drodze puścił farbę i kartel bez kresu powinien się tym zająć!

Strach na wróble

Zdjęcia okolicznych strachów na wróble.
Dawniej był to częsty widok, teraz jest ich bardzo mało. Ptaków i wróbli też jakoś mniej.
A może mniej się uprawia, w mojej okolicy głównie są łąki, rzepak i kukurydza.
Zastanawia mnie tez, jaki sens ma straszenie ptaków na polu ziemniaków.
Przecież głównymi pożeraczami ziemniaków jest stonką, którą ptaki zjadają.
Nie wyglądają te strachy na skuteczne, ale ładnie urozmaicają krajobraz.

Mam zaprzyjaźnione stado wróbli, lubię je obserwować, posadziłem dla nich zboża, na których się rano bujają, mają też wodopój z kamieni.
Myślałem o zrobieniu stracha a właściwie wabika na wróble miałby w dłoniach ziarna wodę i oswajał wróble.
Podobno mają słabe serce i długo latać nie mogą jak się wystraszą.
Jeśli się je oswoi, będą może spokojniejsze.

Namiotniki w akcji, piękne pajęczyny i prawdziwe szkodniki.

Widok niesamowity i dla wielu osób może być przerażający co widać po nagłówkach artykułów.

„Morderca drzew złapany na gorącym uczynku”.
„Namiotniki wystraszyły mieszkańców Gdańska i Gdyni”.

## Sposoby walki z nimi są drastyczne:

„Niestety, jego liczne gąsienice intensywnie żerują na liściach. Nie ma innego sposobu, jak tylko wycinka zaatakowanych krzewów i wywiezienie ich z terenu miasta-tłumaczy Maria Jaźwińska z Zarządu Dróg i Zieleni w Gdańsku”.
https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Namiotniki-wystraszyly-mieszkancow…

„Szkodnik pojawił się na drzewach koło placu zabaw. Gąsienice wyjadają liście do gołych pędów i zostawiają po sobie jasny puch. - Nie wygląda to dobrze, przyznała Ewa Ogińska-Woźniak z Zarządu Dróg i Zieleni. Jak mówią fachowcy, krzaków nie można opryskać z powodu pobliskiego ujęcia wody. Pozostaje wycinka, a ta rozpocznie się w czwartek rano”
https://radiogdansk.pl/wiadomosci/item/25629-po-trzech-latach-powrocil-…

## I kto tu jest szkodnikiem?

Namiotniki żerują na określonych drzewach, jest namiotnik trzmielinowy, namiotnik czeremchowy i namiotnik jabłoniowy.
Nie ma więc ryzyka, że zaatakują wszystkie drzewa w okolicy, o ile nie jest to jakaś masowa hodowla.
Dlatego tak ważna jest różnorodność, aby się dobrze bronić przed różnymi atakami.

Drzewa i krzewy w pajęczynie wyglądają pięknie, ale nie każdemu może się to podobać, są ludzie, którzy preferują beton i równe trawniki dla nich to musi być koszmar.
Mnie też zaatakowały jeden krzew, cieszyłem jak dziecko, ale ja mam dużą bioróżnorodność i coś je wyjadło od zewnątrz albo od środka co też jest dla mnie satysfakcjonujące.

Obserwowałem je parę razy, ogałacają drzewo z liści, przepoczwarzają się i odlatują, a drzewo wypuszcza nowe liście i rośnie dalej.
Nowe liście są mniejsze, co samo w sobie wygląda ciekawie, przecież tak się zmniejsza drzewkom liścia na bonsai.

Ludzie w panice wolą jednak zatruć albo wyciąć. Pewnie ich tak w szkole uczyli, że jak szkodnik to zabić i zasadzić nowe drzewo. ;/ Oczywiście ekonomicznie dla nich to jest lepsze, bo mają więcej pracy.
Wcale to nie zmniejszy kolejnych ataków. Namiotnik falami atakuje co parę lat, wynika to z tego, że jak jest ich za dużo, to głodują i nie mogą się w pełni wykształcić. Co jakiś czas dziesiątkują ich też mrozy.

Może to ludzie są szkodnikami i warto im zburzyć domy, żeby nie szkodzili. Owady zjadają tylko liście, a ludzie wycinają całe drzewo.

## Co zrobić z namiotnikami?

Oczywiście pokochać:D obserwować i cieszyć się pięknym dzikim widokiem.
Drzewa i krzewy to zespól organizmów: rośliny grzyby porosty owady ptaki wszystko razem tworzy piękno. Rozdzielanie ich na siłę zaburza ich rozwój i powoduję, że mamy więcej problemów.

Można też zrobić tablice informacyjne w miejscach publicznych. Ludzie zamykają zwierzęta w Zoo, żeby je oglądać a z naturalnych środowisk wypędzają.
Wystarczy napisać, że owady są niegroźne dla ludzi, jak się przepoczwarzą to odlecą, a drzewo dalej będzie piękne.

Jest też tak, że przyrost drapieżników jest wolniejszy niż przyrost ofiar. Więc jeśli chcemy, aby rozwinęły się owady i ptaki walczące z nimi, to wystarczy poczekać i ich nie truć.
Warto zapewnić im też kryjówki, zostawiając dzikie miejsca.

Jeśli bardzo nam przeszkadzają, to korzystniej jest poniszczyć im oploty ręcznie niż je truć.
Drapieżniki i pasożyty będą miały wtedy szanse się do nich dobrać i rozwinąć, a nie umrą zatrute.

Zdjęcia namiotników zrobiłem w mojej okolicy przy drodze. U nas nie wycinają drzew, na szczęście mają za mało pieniędzy na „pielęgnacje zieleni”.
Wyglądają mi na larwy Namiotnika Trzmieliniaczka ale głowy za to nie dam, gdyż cała przemiana była bardzo i przegapiłem moment przepoczwarzenia i nie mam zdjęć dorosłej formy.

Pierwsze zdjęcia robiłem 13 maja ale myślę że oploty zaczęły się pod koniec kwietnia.

Nowe liście na zdjęciach to 9 czerwca

Kwiaty bzu na wino i syrop.

Chodzi o czarny bez ten dziki. Teraz kwitnie w mojej okolicy, ma bardzo małe kwiatuszki, zebrane w duże kwiatostany.
Wino wychodzi mi słodkie i aromatyczne a kwiaty są takie drobne i piękne, że zawsze część z nich zostawiam w winie.
Tak jak przy innych winach, polecam małe dymiony, żeby szybko zrobić i sprawnie.
Mieć mniej pracy a więcej przyjemności.

Na 5 litrów potrzeba
2,5 litra kwiatów
1 kg cukru
3 litry wody
2 cytryny ze skórkami (cytrynki pomagają w fermentacji)
Wino pewnie samo ruszy, ale dobre drożdże z innego wina lub kupione i wyhodowane pozwolą otrzymać mocniejszy alkohol.

Podane ilości są orientacyjne, cukru można dodać więcej, wtedy wino będzie słodsze.
Kwiaty zbiera się łatwo, nie trzeba żadnych do tego przyrządów. Podobnie jak z innymi kwiatami na wino, zbieramy je z dala od zanieczyszczeń.
Kwiatów nie płuczemy, bo szkoda pyłku kwiatowego, z którego między innymi wino powstaje.
Z jednego krzaka zbierajmy około 20% albo mniej wtedy roślina nie ucierpi tak bardzo i wytworzy mocniejsze owoce, z których też robi się wino.
Bez jest bardzo ciekawą rośliną cenioną dawniej przez ludzi i szanowaną. Tradycyjnie rośnie na rogach domów i je ochrania.
Myślałem, że specjalnie je ludzie sadzili do czasu aż wyrosły mi takie na rogach pracowni.
Widać lubi, rosnąc na skraju przy ścianie, a może ptaki lubią je tam rozsiewać. Wciąż to dla mnie jest zagadką.

Przygotowanie wina trwa chwilę, więc zachęcam do spaceru po kwiaty, o ile jeszcze nie przekwitły i nie opadły.
Kwiaty trzymamy chwile rozłożone na płaskim, aby wyszły z nich owady.
Kwiatami obranymi z łodyżek napełniamy dymion i zalewamy dobrą wodą z rozpuszczonym cukrem, dodajemy umyte i pokrojone cytryny i ewentualnie drożdże winne rozmnożone wcześniej.
Resztę, która została, dobrze jest zasypać cukrem i zrobić syrop.
Jest to smaczny i piękny dodatek do różnych napojów i deserów, te małe kwiatuszki bardzo działają na zmysły i wyobraźnię od razu wszystko lepiej smakuje.

Wino jak przestanie fermentować, trzeba zlać znad osadu martwych drożdży, można dosypać trochę cukru i odstawić do dalszej fermentacji i dojrzewania.
Życzę miłych chwil w obcowaniu z tą rośliną i jej smakiem.

Jako ciekawostkę dodam na koniec, że z bzu robiono proste flety, ich łodygi mają w środku gąbkę, którą łatwo wyciągnąć i nie trzeba nic wiercić, aby mieć rurkę.

Siatka z patyków

Siatki to plecione elementy z różnych materiałów pierwsze siatki były pewnie z patyków i innych fragmentów roślin. Rozmawiałem z kolegą o wiklinie i powiedział mi, że umie grodzić, że tak nazywa się plecenie wikliny w tej okolicy. Wołowice pod Krakowem to było zagłębie wiklinowe, w co drugim domu ludzie pletli z wikliny. Teraz już mniej ludzi robi z wikliny, ale wciąż widać przy domach stosy suszonej wikliny. Grodzenie wikliną i odgradzanie się nią było chyba pierwszym jej zastosowaniem, wydaje mi się, że dopiero później ludzie zaczęli pleść koszyki. Inne rzeczy z wikliny trudniej się robi i wymagają większej obróbki drewna. Myślę, że najpierw grodzili, aby ochronić roślin i zwierzęta przed różnymi zagrożeniami. Postanowiłem też skorzystać z tego rozwiązania i ochraniać świeżo przesadzone warzywa i zioła.

Rośliny po przesadzeniu są bardzo słabe i potrzebują ochrony przed: słońcem, wiatrem, gwałtownym deszczem, gradem kurami albo ludźmi. Można przykryć luźnymi patykami, ale ciężko je później wyciągnąć jak zarosną, mogą też utrudniać wzrost roślinom. Po przesadzeniu rośliny opadają i po kilku dniach wstają, dobrze więc taką siatkę umieścić wyżej nad roślinami.

Siatkę zrobiłem z brzozowych patyków i wikliny.
Brzozowe patyki już miałem, niestety trochę podeschły i nie wyginały się tak dobrze. Wiklinę ściąłem świeżą i była bardzo elastyczna.
Wycinałem ją sierpem z ząbkami, tak najwygodniej się ją tnie. Brzozowe patyki obrobiłem i skróciłem tą oto siekierką z krótkim rymem Desartka, który pomaga mi czasem w pracowni.

Początek był prosty i regularny patyki, były grube i szybko cała konstrukcja stała się sztywna.
Na tym można by skończyć, powiązać końce i mieć materiał na płotek wystarczy przymocować do słupków i zasadzić pnące rośliny.
To jest niesamowite, jak taka prosta konstrukcja wzmacnia się nawzajem i usztywnia.
Pojedynczy patyk nie wytrzymałby dużego obciążenia, a po zapleceniu spokojnie można by na tym leżeć. Siatkę robiłem na około 170 cm, nie mierzyłem, tylko przycinałem patyki na wysokości wzroku. To wygodne rozwiązanie wiele zwierząt je stosuję ja podpatrzyłem je u bobrów które małe kawałki tną na swój wymiar, macając pewnie koniec ogonem.

Potrzebowałem gęstszą siatkę, do uzupełnienia najodpowiedniejsza wydała mi się wiklina. Całkiem sprawnie udało mi się ją wpleść, choć bywały problemy i w jednym przypadku zdarła się kora, a parę patyków się nadłamało. Wdarł się też chaos, który tak bardzo lubię. Szczypta chaosu zawsze pomaga mi w dopasowaniu elementów do siebie.
Po tym etapie miałem już bardzo mocną konstrukcję, ale potrzebowałem jeszcze czegoś do rozbijania deszczu i zacieniania. Wplotłem więc cienkie końcówki brzozowe, które rozwidlają się na wiele kawałków i które można wiązać jak sznurki.

O ile środek był bardzo wytrzymały, to siatka na końcach traciła swoja moc postanowiłem więc obwiązać rogi sznurkiem.
Gotową siatkę postawiłem na mojej podwyższonej grządce.

Siatki są bardzo przydatne w budowaniu ogrodzeń, ale osobiście za nimi nie przepadam, przeszkadza mi ich regularność. Zasłaniają mi widok, a zwierzęta nie mogą swobodnie wędrować. Ludzie czasem się tak ogrodzą, że wyglądają jak w zoo albo w więzieniu. Chronią się przed innymi czy innych przed sobą. Siatka i płoty to cena strachu albo potrzeby prywatności.